
Powódką w głośnym procesie przeciwko gigantom mediów społecznościowych była 20-letnia kobieta występująca pod pseudonimem „Kaley”.
Utrzymywała, że jako dziecko wpadła w obsesyjne korzystanie z aplikacji Instagram należącej do Meta oraz platformy YouTube od Google, które – jak twierdziła – zostały celowo zaprojektowane w sposób sprzyjający uzależnieniu.
Według jej relacji nadmierne korzystanie z tych serwisów miało bezpośredni wpływ na pogorszenie jej zdrowia psychicznego.
Sprawa dotyczyła zarzutów, że platformy świadomie projektowały swoje algorytmy w sposób uzależniający, szczególnie dla młodych użytkowników.
I choć kwota 6 milionów dolarów nie robi wielkiego wrażenia w świecie Big Techu, sam wyrok ma znaczenie symboliczne – to pierwszy tak wyraźny sygnał, że odpowiedzialność może sięgać dalej niż tylko regulaminy i komunikaty prasowe.
Dla kontekstu: Meta osiągnęła w 2025 roku przychody przekraczające 130 miliardów dolarów, a YouTube – jako część Google – generuje rocznie ponad 30 miliardów dolarów z reklam.
Na tym tle 6 milionów wygląda jak koszt błędu księgowego. Ale precedens? To już zupełnie inna historia.
Według badań około 40% młodych użytkowników Internetu deklaruje, że spędza w mediach społecznościowych ponad 4 godziny dziennie.
W grupie nastolatków wskaźniki problematycznego korzystania sięgają nawet 20–25%. To liczby, które zaczynają interesować nie tylko psychologów, ale i prawników.
W procesie podnoszono m.in. kwestie tzw. „dark patterns” – czyli mechanizmów projektowych, które mają zatrzymać użytkownika jak najdłużej. Powiadomienia, automatyczne odtwarzanie, nieskończone przewijanie – wszystko to nie jest przypadek, tylko efekt pracy zespołów inżynierów i analityków danych.
Platformy oczywiście się bronią. Argument jest prosty: to użytkownik decyduje, ile czasu spędza online. Firmy tylko dostarczają narzędzia.

Meta zapowiedziała złożenie odwołania od wyroku. Rzecznik firmy, Andy Stone, podkreślił, że problemy ze zdrowiem psychicznym wśród nastolatków mają złożony charakter i nie można ich sprowadzać do działania jednej aplikacji.
Dodał również, że spółka zamierza zdecydowanie bronić swojego stanowiska, ponieważ każda sprawa powinna być rozpatrywana indywidualnie.
Podobne stanowisko zajął przedstawiciel Google, właściciela YouTube. José Castañeda zasugerował możliwość apelacji, zaznaczając, że jego zdaniem sprawa opiera się na błędnym rozumieniu samej platformy. Jak stwierdził, YouTube to przede wszystkim odpowiedzialnie zaprojektowana platforma streamingowa, a nie klasyczne medium społecznościowe.
Tyle że sąd uznał, iż granica między narzędziem a manipulacją może być cieńsza, niż dotąd zakładano. Jeśli jeden wyrok otwiera drogę kolejnym, to przed gigantami technologicznymi może stanąć fala pozwów.
Lawina pozwów dopiero rusza
Ten wyrok to nie koniec historii. To jej początek. W Stanach Zjednoczonych toczy się już kilkadziesiąt podobnych spraw, a część z nich ma charakter zbiorowy i obejmuje setki osób. W grze są ogromne pieniądze.
Jeśli sądy uznają, że odpowiedzialność firm jest systemowa, odszkodowania mogą sięgać setek milionów, a nawet miliardów dolarów. To moment, w którym Big Tech zaczyna mieć realny problem. Bo łatwo jest ignorować pojedynczy wyrok. Trudniej ignorować całą falę.





