
Od pisuaru do milionów, czyli jak wszystko wymknęło się spod kontroli
Na początku XX wieku artyści tacy jak Wassily Kandinsky uznali, że rzeczywistość nie jest już konieczna i można malować emocje zamiast przedmiotów. Chwilę później Marcel Duchamp wystawił pisuar jako dzieło sztuki, czym skutecznie przesunął granicę absurdu i jednocześnie… otworzył drzwi do nowej epoki. Od tego momentu pytanie przestało brzmieć „co to przedstawia?”, a zaczęło „dlaczego ktoś za to zapłacił?”.
Pollock i kontrolowany chaos za 140 milionów
W połowie XX wieku na scenę wchodzi Jackson Pollock i całkowicie rezygnuje z klasycznych technik malarskich. Zamiast tego rozlewa, chlapie i kapie farbą na płótno. Efekt przypomina bardziej podłogę po remoncie niż obraz, ale jego dzieło „No. 5, 1948” zostało sprzedane za około 140 milionów dolarów. I tu pojawia się moment refleksji: czy to jeszcze sztuka, czy już inwestycja? Bo za tę kwotę można kupić setki mieszkań, ale ktoś wybrał… farbę na desce.
Rothko: trzy kolory, wielkie emocje i 86 milionów dolarów
Z kolei Mark Rothko poszedł w zupełnie inną stronę. Jego obrazy są spokojne, minimalistyczne i składają się często z kilku prostokątów kolorów. Bez narracji, bez postaci, bez detali. A jednak obraz „Orange, Red, Yellow” osiągnął cenę 86,9 miliona dolarów. Trzy kolory, wielkie płótno i jeszcze większa cena. To moment, w którym widz zaczyna się zastanawiać, czy patrzy na sztukę, czy na test psychologiczny.

De Kooning i poziom, na którym obraz staje się aktywem
Jeszcze dalej poszedł Willem de Kooning, którego obraz „Interchange” sprzedano za około 300 milionów dolarów. To już nie jest poziom galerii sztuki, tylko świata wielkich inwestycji. Obraz zaczyna funkcjonować jak nieruchomość, akcje czy złoto. Co więcej, często nie trafia nawet na ścianę, tylko do sejfu lub prywatnej kolekcji, gdzie jego główną rolą jest… rosnąć na wartości.

Dlaczego to tyle kosztuje? Bo może
Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że cena abstrakcji nie wynika z samego obrazu, tylko z całego kontekstu. W środowisku liczy się nazwisko artysty, historia, wpływ na sztukę, ograniczona liczba dzieł, wartość jaką obraz stanowi dla kolekcjonera.
Rynek sztuki, wart dziś setki miliardów dolarów, działa trochę jak rynek luksusowych zegarków – płacisz nie za funkcję, tylko za prestiż. A jeśli coś jest drogie, automatycznie wydaje się ważniejsze.
Psychologia robi tu swoje: gdy widzimy cenę rzędu dziesiątek milionów, zaczynamy szukać głębi, nawet jeśli na pierwszy rzut oka widzimy tylko plamy.
Puenta: czy naprawdę chodzi o sztukę?
Najdroższe abstrakcyjne obrazy świata pokazują, że sztuka dawno przestała być tylko estetyką. Stała się rynkiem, inwestycją i symbolem statusu. Dla jednych to geniusz i emocje zamknięte w kolorze, dla innych – dobrze opakowany absurd.
Prawda, jak zwykle, leży gdzieś pośrodku. Bo w świecie, w którym trzy prostokąty mogą kosztować prawie 90 milionów dolarów, jedno jest pewne: nie płacimy za to, co widzimy, tylko ktoś uznał że taka „sztuka” jest tyle warta i przedstawia coś wyjątkowego, dopisuje do obrazu całą otoczkę, tworzy historię.
To wyimaginowany świat w którym żyją nowocześni artyści oraz ich odbiorcy. Do tego dochodzą nowoczesne, ekskluzywne domy aukcyjne, galerie w najbardziej renomowanych stolicach świata, magazyny artystyczne i nawet jajko zamknięte w słoiku można nazwać sztuką.
Obecnie ten wyimaginowany świat do którego pisze się coraz to nowe bajki, kreuje trendy, wytacza nowe ścieżki powoduje coś co można nazwać nowomodą w świecie sztuki.
Tylko ze ta moda na sztukę idzie w coraz ciemniejszą stronę, nazywając sztuką coś co nią nie jest a nawet przy sztuce nie stało. Wmawia się ludziom że patrzymy na coś wyjątkowego – nawet jeśli wygląda to jak przypadkowa plama.





