
Dołączali przy tym dyletanckie hasła gloryfikujące przyszłość Europy jako rezerwuaru taniej (a nawet darmowej) energii ze źródeł odnawialnych.
W ten sposób kształtuje się poglądy swojego elektoratu, który idąc jak owce za baranami, powtarza tę mantrę roznosząc ją niczym zarazki groźnego wirusa.
Rozprawmy się z mocno zakorzenionym mitem na temat OZE – czyli odnawialnymi źródłami energii.
Przede wszystkim, ważne jest, aby na samym początku jakichkolwiek dyskusji, postawić pewien dogmat: Jeżeli uważacie, że skoro wiatr jest za darmo i słońce jest za darmo, to musi być to dużo tańsza energia, to żyjecie złudzeniami – naiwnymi złudzeniami, które na dodatek przeczą prawom fizyki.
Profesor Bjorn Lomborg ujął to bardzo czytelnie słowami: „Twierdzenie, że tania energia słoneczna i wiatrowa zastępuje paliwa kopalne, jest niebezpiecznym, kosztownym kłamstwem.”
Zanim w drugiej części omówię wykresy, które tu zamieściłem – notabene, źródłem jest Międzynarodowa Agencja Energii – kilka uwag naprowadzających komórki mózgowe na właściwe tory rozumowania.
OZE wymagają kolosalnych inwestycji inżynieryjnych, aby móc zgromadzić energię o wysokiej wydajności, stabilności i mocy, przy bardzo zmiennej charakterystyce, która je cechuje, co z kolei wymaga niezwykle precyzyjnych narzędzi kontroli.
Współczesna cywilizacja potrzebuje energii przez całą dobę, także w liczne dni, kiedy wiatr nie raczy wiać, jak również, codziennie w nocy, kiedy Słońce nie raczy nas oświetlać.
Kiedy nie ma słońca i wiatru, zielona energia potrzebuje mnóstwa zapasowych źródeł energii, najczęściej zasilanych paliwami kopalnymi. Oznacza to, że płacimy nie za jeden, ale za dwa systemy energetyczne.
OZE nie wykorzystują w pełni swoich mocy produkcyjnych, co dodatkowo wpływa na wzrost cen energii. Konieczność utrzymywania podwójnego systemu źródeł energii to dodatkowy, ukryty koszt OZE, o którym informacja bardzo rzadko przebija się do opinii publicznej.

Przytoczę dane z Niemiec pochodzące z zimy. W dniach z pochmurną i bezwietrzną pogodą odnawialne źródła zaspokajały zaledwie 4% zapotrzebowania na energię.
W takich sytuacjach dostawy energii dla niemieckiej gospodarki były w stanie zapewnić wyłącznie elektrownie konwencjonalne. Magazyny energii to zdecydowanie za mało: są piekielnie drogie i niewydajne, więc wszystkie niemieckie akumulatory wyczerpują się w ciągu ok. 20 minut.
W Niemczech i w Wielkiej Brytanii, czyli w krajach, które przodują pod względem udziału OZE w miksie energetycznym, cena energii należy do najwyższych na świecie.
Kiedy ich systemy nie dają rady, na przykład w Wielkiej Brytanii, kupują gaz ziemny z Norwegii, podbijając jego cenę na rynkach, przez co obywatele Norwegii płacą również wyższe rachunki za ogrzewanie gazem, którego mają pod dostatkiem i który bez ingerencji rynków zagranicznych byłby tańszy.
Gdyby OZE naprawdę były tańsze, biedniejsze kraje, które dopiero rozwijają swoją infrastrukturę energetyczną, opierałyby ją w całości na energii słonecznej i wiatrowej.
Jednak dzieje się tak tylko w bogatych krajach, gdzie zużycie energii z paliw kopalnych maleje. Jednocześnie, hojne dotacje do energii z wiatru i Słońca oraz ogromna, istniejąca infrastruktura zapasowa, oparta przecież na paliwach kopalnych sprawiają, że oszustwo OZE jest możliwe.
A jest to WIELKIE OSZUSTWO.
Przykłady z krajów rozwijających się są aż nadto wymowne. We wszystkich, większość nowych jednostek wytwórczych dokładanych do systemu energetycznego stanowiły elektrownie konwencjonalne, przy czym węgiel miał większy udział niż elektrownie wiatrowe i słoneczne razem wzięte.
Bangladesz dodał do systemu energetycznego 13 razy więcej węgla niż słońca i wiatru. W Indiach, pomimo ambitnych celów dotyczących energii fotowoltaicznej, moc nowych elektrowni węglowych była trzy razy większa niż łączna moc nowych farm wiatrowych i solarnych.
Bjorn Lomborg podkreśla, że transformacja energetyczna oparta o OZE na obecnym etapie rozwoju jest skazana na porażkę.
Z kolei cała narracja zbudowana wokół polityk klimatycznych bogatych państw zachodniego świata, jest oparta na kłamstwie: „Zapobiegniemy zmianie klimatu i przeprowadzimy transformację dopiero wtedy, gdy zielona energia naprawdę stanie się tańsza od paliw kopalnych.
Ale przede wszystkim musimy stawić czoła prawdzie.”W Polsce, koalicja rządząca jest precyzyjnie naładowana ideologią, która plugawi naukę, mimo, że politycy tych partii bez przerwy powołują się na rzekomy konsensus naukowy.
Gdyby jednak ich zapytać skąd czerpią wiedzę, na którą się powołują – wynik jest zawsze ten sam.
Popatrzmy teraz na wykresy:



1. Kluczowy czynnik to produktywność: czyli efekt w stosunku do nakładów.
MIARA EFEKTYWNOŚCI. Po prawej stronie widzicie OZE, czyli efektywność energii z wiatru na lądzie, potem na morzu i energii ze Słońca.
Po lewej, tradycyjne źródła energii: gaz ziemny, energia nuklearna, biomasa, węgiel brunatny i kamienny oraz energia wodna.
Każdy, nawet niezbyt rozgarnięty, zauważy różnice na słupkach. Kolosalną różnicę.
2. Efektywość zwrotu inwestycji, z podziałem na kolor niebieski: bez kosztów magazynowania oraz czerwony: z kosztami magazynowania.
Opłacalność wymaga zwrotu na poziomie co najmniej 7 – na wykresie pole błękitne (7 economic treshold). I co widzicie? Niemal całe OZE jest pod kreską lub na granicy opłacalności.
Z kosztami magazynowania w 100% pod kreską. Klęska. A co mamy na prawo? Oprócz biomasy, która jest piekielnie droga, także w transporcie, reszta wysoko w górze.
3. Koszt uzyskania 1Gw energii przez 40 lat funkcjonowania systemu, w miliardach dolarów.
Najdroższa jest energia z wiatru na morzu, prawdziwy kosmos. Potem ze Słońca i z wiatru na lądzie.
Najtaniej wypada gaz, węgiel i woda. Trochę więcej biomasa i energia nuklearna, ale i tak dużo mniej niż OZE.Sami to sobie skomentujcie.
Autor; Roman Pleszyński





