
Religijny reżim (jak każdy, bez względu na wyznanie), co roku dokonuje egzekucji setek własnych obywateli, więzi tysiące za słowa, ubiór i jakikolwiek sprzeciw, a gdy następuje nieunikniona w końcu eskalacja niezadowolenia, strzela do protestujących.
Ta przemoc nie jest epizodyczna, to część tego systemu. To największe protesty od 2022 roku, bo czterdzieści pięć lat represji dostarcza paliwa do skrajnego niezadowolenia.
Islamscy duchowni i ich rodziny, czerpią ogromne zyski, podczas gdy zwykli Irańczycy ustawiają się w kolejkach po chleb, lekarstwa i inne artykuły podstawowej potrzeby.
To załamanie finansowe obnaża moralne bankructwo ajatollahów, ale reżim odpowiada nie reformami, lecz siłą.
A jednak w intelektualnych kręgach akademickich i politycznych, związanych z lewicą i liberałami Iran staje się ofiarą „zachodniej i izraelskiej agresji”.
Naród irański jest bity, więziony i zabijany, ale nie widzę demonstracji na ulicach. Internet nie przelewa się wpisami tysięcy „pożytecznych idiotów”, w obronie krzywdzonego narodu.
Jeszcze niedawno czytałem liczne wpisy obrońców islamistów, piętnujących agresję Izraela na niepodległy Iran, a zaraz potem imperialne pogwałcenie prawa międzynarodowego przez Trumpa, gdy USA zbombardowały ośrodki produkujące broń jądrową dla ajatollahów.
Jakież było oburzenie, ile dostałem jadowitych komentarzy od tych wybiórczych ignorantów, emocjonalnie reagujących na jakąkolwiek próbę oświecenia tych durniów – jak zwykle bezskuteczną.
Oburzenie jest racjonowane zgodnie z ideologią, a tyrania jest wybaczana, dopóki obraża właściwych wrogów: USA Trumpa i dyżurny czarny charakter – Izrael.
Reżim teokratów jest po prostu racjonalizowany.
Iranem rządzi dziś kasta wiekowych duchownych, którzy od czterdziestu pięciu lat tłumią sprzeciw, kontrolują ciała kobiet, dokonują egzekucji homoseksualistów, eksportują terror za pośrednictwem swoich pełnomocników na cały świat i doprowadzają kraj do moralnej i gospodarczej ruiny.
Tysiące Irańczyków trafia do więzień za wolność słowa. Setki osób zginęły od czasu powstania pod hasłem „Kobieta, Życie, Wolność”, wywołanego śmiercią Mahsy Amini, która odważyła się nie nosić hidżabu.
To nie są fakty, które można podważyć. To życiorys bandyckiego reżimu.
A jednak na Zachodzie, także w Polsce, w określonych kręgach ideologicznych, można znaleźć postępowe wiece potępiające „zachodnią agresję na Iran”, mrocznie ostrzegające przed „eskalacją”, domagające się zniesienia sankcji: ręce precz od Iranu. Przestańcie bombardować Iran.

Nie widzę: precz z ajatollahami albo wolność dla Irańczyków. Pobłażliwość wobec tyranii nie może być tolerowana – tak samo w Iranie jak i na przykład w Wenezueli – zwłaszcza w obliczu wieloletniego upadku instytucji międzynarodowych, które w zamyśle miały temu zapobiegać.
Jesteśmy świadkami najstarszego i najbardziej haniebnego nawyku lewicy i liberałów: jeżeli reżim definiuje się w opozycji do USA lub Izraela, przyznaje mu się tymczasową amnestię moralną, niezależnie od tego, jak barbarzyńskie są jego czyny wobec własnych obywateli.
To jest ta sama choroba intelektualna, która niegdyś romantyzowała Fidela Castro, usprawiedliwiała Mao, racjonalizowała Pol Pota, umieszczała wizerunki Che Guevary na koszulkach, a ostatnio bezrefleksyjnie broni Hamasu. Wróg mojego wroga staje się moim przyjacielem.
Homoseksualiści demonstrowali w obronie Palestyńczyków, ale gdyby pojawili się otwarcie w Autonomii, zostaliby poćwiartowani i powieszeni na drutach wysokiego napięcia, co już miało miejsce.
Część zachodnich mediów błędnie scharakteryzowała obecne wstrząsy jako serię odizolowanych „protestów ekonomicznych”. Bzdury.
Ten ogień płonie od dziesięcioleci – to bunt przeciwko samej Republice Islamskiej.
Niszczone są symbole reżimu. Nie ma haseł „Śmierć Ameryce”. Dla wielu protestujących żądaniem nie jest już reforma, lecz zastąpienie: koniec rządów duchownych, referendum w sprawie przyszłości Iranu, świeckie państwo rządzone prawem, a nie pismem świętym.
Niektórzy przywołują czasy szacha, ale nie z nostalgii, ale dlatego, że symbolizują one zapamiętaną rzeczywistość: kraj, w którym kobiety nie były własnością państwa, a sprzeciw nie był zbrodnią zagrożoną karą śmierci.
Pewnie, że to nie były czasy idealne, ale w niczym nie przypominały rzeczywistości wprowadzonej po rewolucji 1979 roku.
Zachodni „postępowcy”, którzy twierdzą, że stoją po stronie kobiet, mniejszości i dysydentów, rutynowo wymazują tę rzeczywistość.
Potępiają sankcje, ignorując jednocześnie korupcję. Ostrzegają przed „prowokacją”, ignorując jednocześnie finansowanych przez Iran zwolenników reżimu – Hezbollah, Hamas, Islamski Dżihad – eksportujących przemoc w całym regionie.
Zachodni aktywiści uparcie nie chcą zrozumieć, że współczesny świat nie jest i nigdy nie był czarno-biały.
Autor; Roman Pleszyński





