
Maszyny startowały z baz w USA i Europie, a ich trasa jasno wskazywała na region Zatoki Perskiej.
Tak duża operacja lotnicza od razu wywołała pytania: czy to tylko pokaz siły, czy przygotowanie do czegoś większego?
Wiele wskazuje na to drugie, choć nic nie jest jeszcze przesądzone. Według dostępnych informacji to nie koniec przerzutu sił.
Kolejny sprzęt wojskowy, w tym dodatkowe samoloty i elementy wsparcia logistycznego, już zmierza w tamten rejon. Stany Zjednoczone wzmacniają swoją obecność wojskową, tłumacząc to koniecznością „zapewnienia stabilności” i ochrony swoich interesów oraz sojuszników.
W praktyce oznacza to zwiększoną gotowość do ewentualnej operacji militarnej. W tym samym czasie trwają napięte rozmowy dyplomatyczne. W Genewa odbyło się kolejne spotkanie przedstawicieli USA i Iran. Negocjacje trwały kilka godzin i – jak podkreślają dyplomaci – były trudne. Strony przedstawiły swoje stanowiska, ale nie ogłoszono przełomu.
Amerykanie naciskali na ograniczenie irańskiego programu nuklearnego, natomiast Iran domagał się zniesienia sankcji gospodarczych.
Z komunikatów po spotkaniu wynika, że rozmowy będą kontynuowane, ale atmosfera pozostaje napięta. Waszyngton uważa, że Iran wciąż nie daje wystarczających gwarancji, iż jego program nuklearny ma wyłącznie cywilny charakter.
Teheran z kolei oskarża USA o presję i brak dobrej
woli. W praktyce oznacza to, że porozumienie wciąż jest daleko.
Skąd w ogóle to całe zamieszanie? Głównym powodem jest irański program nuklearny.
USA od lat twierdzą, że nie mogą dopuścić do sytuacji, w której Iran zbuduje broń atomową.
Obawiają się, że zmieniłoby to układ sił na Bliskim Wschodzie i zagroziło bezpieczeństwu ich sojuszników, zwłaszcza Izraela oraz państw Zatoki Perskiej.
Iran utrzymuje, że jego program służy wyłącznie celom energetycznym i naukowym. Jeśli jesteś ciekawy szerszego wytłumaczenia sytuacji- sprawdź tekst poświęcony tej tematyce na naszej stronie.

Po rozmowach w Genewie amerykańska administracja podkreśliła, że „wszystkie opcje pozostają na stole”. To dyplomatyczne sformułowanie oznacza, że oprócz negocjacji brana pod uwagę jest także możliwość użycia siły.
Jednocześnie Waszyngton zapewnia, że woli rozwiązanie pokojowe. To jak zachowuje się Donald Trump zdążyliśmy już zauważyć.
Negocjacje zaczynające od „zawyżonej” pozycji, aby ostatecznie ogłosić przełom. Niestety tutaj druga strona negocjacji to twardy zawodnik.
Jak widać próby zastraszania, które dotychczas działały (m.in. na Europę) tutaj nie robią wielkiego rezultatu.
Świetnym tego przykładem są otwarte odpowiedzi Iranu na amerykańskie groźby.
W publicznych wystąpieniach Ali Chamenei- przywódca Iranu podkreśla, że jego kraj nie boi się USA i jest gotowy na każdy scenariusz.
Zapowiada, że ewentualny atak spotka się z „zdecydowaną odpowiedzią”. Takie słowa jeszcze bardziej podgrzewają atmosferę.
Iran nie ogranicza się tylko do ostrych deklaracji. W ostatnich dniach przeprowadza testy i ćwiczenia wojskowe w rejonie Cieśnina Ormuz.
To jedno z najważniejszych miejsc na świecie
pod względem transportu ropy naftowej. Przez tę wąską cieśninę przepływa duża część globalnych dostaw surowców.
Każde napięcie w tym rejonie natychmiast wpływa na ceny paliw i nerwowość na rynkach.
W tle całej sytuacji znajduje się również Izrael. Ten kraj od lat ostrzega, że nie dopuści do powstania irańskiej broni atomowej.
W razie konfliktu może wesprzeć działania USA, zarówno wywiadowczo, jak i militarnie. To dodatkowy czynnik, który zwiększa ryzyko szerszej eskalacji.
Już teraz ogłasza się w tym kraju możliwości zabezpieczania obywateli w razie ataku nieprzyjaciela. Sprawdza się schrony, tworzy się strategie.
Czy więc USA naprawdę zaatakują Iran?
Na dziś nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Wiele wskazuje na to, że obecne ruchy wojsk są formą presji i sygnałem ostrzegawczym.
Jednocześnie historia pokazuje, że na Bliskim Wschodzie sytuacja potrafi zmieniać się bardzo szybko.
Jedno jest pewne – najbliższe tygodnie będą kluczowe dla przyszłości całego regionu.





