
Niemcy od lat były jednym z głównych motorów przemian klimatycznych w Europie. To tutaj narodził się plan transformacji energetycznej, znany szerzej jako „European Green Deal”.
Jego celem była redukcja emisji gazów cieplarnianych, przejście na odnawialne źródła energii i uniezależnienie się od paliw kopalnych.
W praktyce Niemcy zaczęły odchodzić od energetyki jądrowej i transformacji przemysłu; to była część tzw. „Energiewende”, czyli energetycznej zmiany kursu kraju, którą rozpoczęto już w 2010 roku.
Przez długi czas Niemcy bazowały na taniej energii z Rosji, zwłaszcza gazie, co pozwalało utrzymywać koszty produkcji na stosunkowo niskim poziomie i dało impuls dla przemysłu motoryzacyjnego czy chemicznego.
Dzięki temu niemiecka gospodarka była silna i konkurencyjna na światowych rynkach. Jednak sankcje sprawiły, że Niemcy musiały szukać innych źródeł energii.
To spowodowało, że polityka klimatyczna i gospodarcza Niemiec stanęła w obliczu poważnej próby.
Wysokie ceny energii i rosnąca konkurencja na rynku, szczególnie ze strony producentów z Chin, zaczęły coraz mocniej obciążać niemieckie fabryki, zwłaszcza sektora motoryzacyjnego.
Dlatego w coraz głośniej kręgach politycznych i biznesowych pojawiły się głosy krytyczne wobec dotychczasowego kursu „zielonej transformacji”.
Jednym z ich argumentów jest to, że cele klimatyczne, w połączeniu z kosztami energii i nowych technologii, osłabiają konkurencyjność niemieckich firm.
Krytycy twierdzą, że bezpieczeństwo gospodarcze powinno być dziś priorytetem, a nie szybkie przechodzenie na energooszczędne rozwiązania.
Niektórzy politycy wręcz mówią o konieczności wprowadzenia „korekty” Zielonego Ładu, by chronić przemysł i miejsca pracy. Fredrich Merc oficjalnie stwierdził, że wygaszanie elektrowni jądrowych było błędem. Pamiętajmy, że jest to zabieg nieodwracalny.
Nie oznacza to oczywiście pełnego powrotu do poprzedniej zależności, ale sygnał jest wyraźny: bezpieczeństwo energetyczne i stabilność przemysłu stały się dla Berlina ważniejsze niż
szybkie realizowanie dotychczasowych zielonych celów klimatycznych.
To z kolei może być odebrane jako „puszczenie oczka” w stronę Rosji – partnera, od którego przez lata byliśmy uzależnieni, a który dziś nadal pozostaje dużym graczem na europejskim rynku surowców.
W 2026 roku Fredrich Merz użył sformułowania „Największy sąsiad”: Podczas noworocznego spotkania z biznesem w Halle.
Merz użył określenia „największy europejski sąsiad” w kontekście Rosji, co zostało odebrane jako sygnał do zmiany kursu w polityce wschodniej.
Takie krótkie wypowiedzi połączone z ogromnym problemem gospodarczym mogą świadczyć o powolnej zmianie polityki Berlina względem Moskwy.





