
Konflikt zmienił wszystko. Kliniki zostały zamknięte lub przeniesione, a kobiety – często w dramatycznych okolicznościach – musiały szukać nowych sposobów na przetrwanie.
Jednym z kierunków stała się Gruzja, gdzie surogacja jest legalna od 1997 roku i gdzie w ostatnich latach nastąpił wyraźny wzrost tego rynku.
Nowe badania pokazują, że za tym zjawiskiem stoi coś więcej niż tylko globalny biznes – to przede wszystkim historia kobiet, które znalazły się pod ścianą.
Rozmowy z Ukrainkami, które zdecydowały się na surogację w Gruzji, pokazują zupełnie inny obraz niż ten, który często pojawia się w mediach.
To nie są osoby szukające łatwego zarobku. To kobiety, które uciekły przed traumą, straciły dochody i próbują utrzymać swoje rodziny.
Jedna z nich powiedziała wprost, że nie przyjechała, by się wzbogacić, ale dlatego, że nie miała wyboru. To zdanie dobrze oddaje skalę presji ekonomicznej, jaka stoi za tą decyzją.
W sytuacji, gdy kraj jest zniszczony wojną, a perspektywy pracy ograniczone, surogacja staje się dla wielu jedną z niewielu dostępnych dróg zarobku.
W tle tej osobistej historii działa ogromny rynek. Globalna wartość branży surogacji była szacowana na około 14 miliardów dolarów w 2022 roku i według prognoz może wzrosnąć nawet do 129 miliardów dolarów do 2032 roku.
To tempo wzrostu pokazuje, że mamy do czynienia z dynamicznie rozwijającym się sektorem, który przyciąga inwestorów i klientów z całego świata. Jednocześnie jednak ten rozwój opiera się na wyraźnych nierównościach.
Klienci pochodzą najczęściej z bogatszych krajów, gdzie surogacja jest zakazana lub bardzo ograniczona, natomiast kobiety, które decydują się na donoszenie ciąży, często znajdują się w trudnej sytuacji ekonomicznej.
Gruzja stała się jednym z kluczowych punktów na tej mapie. W latach 2012–2022 urodziło się tam ponad 4000 dzieci w ramach surogacji, a liczba ta rośnie wraz z napływem kobiet z Ukrainy. Problem polega jednak na tym, że system prawny i nadzór nad branżą nie nadążają za jej rozwojem.
Badania wskazują na luki w regulacjach i brak skutecznej ochrony kobiet. Pojawiają się doniesienia o niewypłaconych wynagrodzeniach, złych warunkach życia i niejasnych umowach. W jednym z przypadków kobiety twierdziły, że nie otrzymały nawet 16 tysięcy dolarów, które miały być zapłatą za ciążę.
To pokazuje, że ryzyko ponoszą przede wszystkim one, podczas gdy agencje i pośrednicy działają często w bardziej uprzywilejowanej pozycji.

Cała sytuacja wpisuje się w szerszy mechanizm globalny, w którym różnice w prawie i poziomie życia tworzą przestrzeń dla tzw. turystyki reprodukcyjnej.
Ludzie podróżują tam, gdzie mogą legalnie skorzystać z usług niedostępnych w ich kraju, a rynek dostosowuje się do tego popytu.
Konflikt tylko przyspieszył ten proces, przesuwając jego centrum z Ukrainy do innych państw regionu. W efekcie powstał system, w którym dramat jednych staje się częścią ekonomicznej szansy dla innych.
Najtrudniejsze w tej historii jest to, że nie daje się jej jednoznacznie ocenić. Dla wielu kobiet surogacja jest realną pomocą i sposobem na przetrwanie w skrajnie trudnych warunkach.
Jednocześnie jednak funkcjonuje w ramach systemu, który wykorzystuje globalne nierówności i nie zawsze zapewnia im odpowiednią ochronę.
To nie jest więc tylko kwestia wyboru czy wolnego rynku, ale także pytanie o granice etyczne i odpowiedzialność państw, które pozwalają na rozwój tej branży bez wystarczających zabezpieczeń.
Konflikt w Ukrainie nie tylko zmieniła mapę polityczną Europy, ale też odsłoniła mechanizmy, które do tej pory działały mniej widocznie.
Historia Ukrainek w Gruzji pokazuje, jak bardzo globalna gospodarka potrafi wykorzystywać kryzysy i jak cienka jest granica między pomocą a wykorzystywaniem. I być może właśnie to jest najważniejszy wniosek: za każdą liczbą i statystyką stoi konkretna osoba.





