3 czerwca 2026

Lwowska lekcja dla polskich firm. Jak zniszczono polską inwestycję

Sprawa polskiej spółki Control Process S.A., brutalnie wyrzuconej z placu budowy we Lwowie, to podręcznikowy przykład kryminału gospodarczego, który ostatecznie obnaża prawdziwe realia robienia interesów za naszą wschodnią granicą.

To brutalny i zimny prysznic dla wszystkich tych przedsiębiorców i polityków, którzy wciąż wierzą w piękne hasła o „wielkich kontraktach”, „europejskich standardach” i historycznym udziale Polski w gigantycznej odbudowie Ukrainy, szacowanej nawet na 486 miliardów dolarów.

Anatomia lwowskiej pułapki: jak zniszczono polską inwestycję

Polska firma z całkowicie polskim kapitałem wygrała międzynarodowy przetarg, finansowany z kredytu Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju, na budowę nowoczesnego kompleksu przetwarzania odpadów komunalnych we Lwowie. Projekt ten był wart ponad 35 milionów euro.

Mimo konfliktu i wstrzymania prac na ponad rok, polscy inżynierowie wykazali się ogromną determinacją i zrealizowali inwestycję w aż 95 procentach.

Zamiast jednak wdzięczności i zapłaty, spotkali się z systemowym sabotażem ze strony władz miasta oraz komunalnego przedsiębiorstwa „Zielone Miasto”, podległych merowi Andrijowi Sadowemu.

Strona ukraińska celowo nie dostarczyła na plac budowy odpowiedniego przyłącza energetycznego, zmuszając Polaków do pracy w warunkach polowych, miesiącami blokowała kluczową dokumentację, a co najgorsze – wstrzymała płatności za zrealizowane etapy budowy, generując wielomilionowe zaległości.

Władze miasta Lwowa nie wywiązały się również z własnych obowiązków infrastrukturalnych: nie wybudowały dróg dojazdowych, parkingów, zewnętrznych sieci energetycznych ani oczyszczalni ścieków, bez których zakład w ogóle nie może funkcjonować.

Finał tej współpracy przypominał metody z „dzikiego wschodu”. Pod koniec kwietnia 2026 roku, gdy do uruchomienia zakładu brakowało jedynie kosmetyki, Lwów jednostronnie zerwał umowę.

Polscy pracownicy zostali fizycznie, w asyście ochrony, wyrzuceni z placu budowy, odebrano im sprzęt oraz dokumentację, a miasto natychmiast przejęło od banków aż 3,6 miliona euro „żywego keszu” należących do Polaków z tytułu gwarancji należytego wykonania kontraktu.

W kuluarach mówi się wprost, że po wykonaniu najtrudniejszej pracy za własne pieniądze przez Polaków, pozostałe 5 procent prac i spijanie śmietanki ma przypaść lokalnej, ukraińskiej firmie powiązanej z tamtejszymi decydentami.

Międzynarodowe wyroki lądują w koszu

Polska firma nie poddała się i szukała sprawiedliwości na drodze prawnej. I wszędzie wygrywała.

Niezależny międzynarodowy arbitraż FIDIC, w postępowaniu prowadzonym przez arbitra Roberta Wertha, wydał aż siedem orzeczeń, w tym ostateczne w stosunku 9:0 na korzyść Polaków we wszystkich dziewięciu kwestiach spornych.

Arbitraż czarno na białym orzekł, że opóźnienia wynikały ze złej woli oraz uchybień władz Lwowa.

Control Process wygrało również sprawę przed Sądem Arbitrażowym w Paryżu (ICC), a nawet samo ukraińskie Narodowe Biuro Antykorupcyjne (NABU) potwierdziło w raporcie potężne nadużycia urzędników mera Sadowego na szkodę polskiego inwestora.

Jaka była reakcja mera Lwowa?

Wszystkie te wyroki i dowody po prostu wyrzucił do kosza, udowadniając, że międzynarodowe prawo handlowe na terytorium Ukrainy w zderzeniu z lokalnymi układami po prostu nie istnieje.

Co więcej, w akcie niezwykłej arogancji, ponad 60 lwowskich radnych w otwartym liście poskarżyło się na polską firmę i domagało się interwencji od premiera RP Donalda Tuska.

Mer Andrij Sadowy publicznie stwierdził wręcz, że z powodu tej sytuacji zagrożona jest reputacja biznesowa polskiego państwa. Polscy politycy i rząd, mimo apeli, nie podjęli realnych i twardych działań w obronie okradanej spółki, co wywołało konsternację wśród przedsiębiorców.

Ukraina wypycha polski biznes

Sprawa lwowskiej inwestycji to niestety nie jest wyizolowany incydent, ale wierzchołek góry lodowej.

Przedstawiciele polskiego biznesu, którzy towarzyszyli niedawnej misji rządowej w Kijowie, otwarcie alarmują, że polskie firmy są celowo „wypychane” z Ukrainy, zmuszane do rywalizacji na nierównych i restrykcyjnych warunkach przetargowych, na czym korzystają obecnie np. przedsiębiorstwa tureckie.

Bariery i ryzyka na Ukrainie, przed którymi stoją polscy przedsiębiorcy, to m.in.:

Korupcja traktowana jako norma: W środowisku biznesowym ukraińska korupcja opisywana jest wręcz jako „dodatkowy, nieformalny podatek” od prowadzenia działalności publicznej, głęboko wrośnięty w tamtejsze instytucje i procedury urzędnicze.

Głębokie struktury oligarchiczne: System zależności między politykami a oligarchami wciąż blokuje transparentność, stwarza nieuczciwą konkurencję faworyzującą lokalne podmioty i skutecznie torpeduje pełną harmonizację z przepisami unijnymi.

Blokada kapitału: Ukraiński stan wojenny nałożył na inwestorów drastyczne ograniczenia – w tym zakaz wywozu wypracowanego na Ukrainie zysku i wyprowadzania kapitału poza granice państwa.

Polskie firmy, nawet jeśli na papierze coś zarobią, są faktycznie zablokowane i nie mogą swobodnie dysponować własnymi środkami.

Brak ochrony dla inwestorów: Jak pokazuje przypadek spółki Control Process, wielomilionowe kontrakty i bankowe gwarancje mogą zostać w majestacie lokalnego bezprawia zarekwirowane.

Rządowy i europejski system gwarancji inwestycyjnych w praktyce okazuje się dalece niewystarczający w zderzeniu z bezwzględnością ukraińskiego aparatu komunalnego i samorządowego.

Sprawa ze Lwowa powinna ostatecznie rozwiać naiwne wyobrażenia o łatwym zysku przy odbudowie Ukrainy.

To nieprawdopodobny wręcz sygnał ostrzegawczy: państwo polskie musi najpierw wymusić na Ukrainie elementarne przestrzeganie prawa handlowego, międzynarodowych wyroków i wyeliminować celowe niszczenie polskich inwestorów, zanim polski kapitał utopi za wschodnią granicą kolejne miliardy.

W przeciwnym razie piękne hasła o wspólnej odbudowie pozostaną jedynie fasadą dla bezprawia i przyzwoleniem na gospodarczy drenaż.